Jacek Kaczmarski
Ofiara
Pijany listonosz ze ?wiata modliszek
Przywozi mi listy i niszczy mi cisz?,
Której nie ma i tak;
Bo jest dziecko moje i sny atomowe,
I my?li my?liwce, co s? odrzutowe -
Ich huk - to dla mnie - znak.
I có?, ?e pod?ogi s? wypastowane,
?e zegar s?u??ca nakr?ca co rano,
Wczorajsze umyje szk?o...
Któ? wie, kiedy Skrzynia si? sama otworzy
Na g?os - nam nieznany - ze znanych przestworzy
By rzec, ?e sta?o si? - To!
Co wtedy mam robi? na drewnianym ganku
Z brwi? troski, w krawacie - i nad fili?ank?
Z bezwzgl?dnym fusem na dnie?
Jak dziecko ocali?? Ma chore migda?ki
Nie mog? w zag?ad? wszak wkroczy? - bez walki -
Nie jego bierzcie, lecz mnie!
A tu bra? nikt nie chce, cho? siódmych tr?b brzmienia
Co chwil? mnie budz? i ch?? odkupienia
Do gard?a podchodzi mi.
Kochanek ?ony drwi kwa?nym oddechem,
Wi?c mo?e odkupi? ich grzech - moim grzechem -
S?u??ca, co szk?o myje - l?ni...
Jej, obcej, wywn?trzy? si? mo?na napr?dce
Z najg??bszych tajemnic, gdy prosz? ju? r?ce
W imieniu napi?tych ud.
Po?wiadczy krucyfiks, stó?, piec, fisharmonia,
?e to, co trzyma?em przy ustach i w d?oniach
To by?a pro?ba o cud.
Wi?c lekarz rodziny, adwokat i ?ona
O?wiadcz?, ?e ?ni?, ?e zabawa sko?czona,
?e rozwód i wyjazd st?d...
Kochaj? si?, jecha? chc? gdzie? do Australii,
Wi?c rozumiecie, ?e musz? podpali?
Ten dom, by poj?li b??d!
P?omienie z kredensów, wyk?adzin i krzese?,
Grzyb dymu, co pustym si? niebem poniesie -
To wszystko, co mog? da?,
By oni przetrwali, zaj?li si? dzieckiem,
By mogli cho? czas jaki? jeszcze bezpiecznie
Z ?ycia, co warte - bra?!
Ach, p?acz by? i krzyki i desek j?k w ?arze,
Potem mnie biali gonili lekarze,
Za l?k, za przestrog?, za ból -
- Niech spali si? dom, zanim ?wiat si? wypali -
Wo?a?em, gdy r?ce mi sprawnie wi?zali,
Wywi?zuj?c si? z ról...
Sadzili?my z ma?ym ga??zk? na brzegu.
Dzi? musi z ga??zki tej - krzywe by? drzewo,
Lecz drzewo! Dla ludzi - strach!
Bo ?wiat?em to tylko - co nam prosto w oczy!
Cz?owiekiem - co cz?owiek krwi w?asnej utoczy -
Plus Leonardo i Bach.